czwartek, 9 września 2010

Wiecej Lao niz Tao

Mialam napisac wiecej o Chiang Mai i chociaz tak naprawde jestem juz w Luang Nahmtha w Laosie to wlasnie uswiadomilam sobie ze nie czuje sie tu jak w azji, ok, jest wilgotno, probowalam juz szaranczy ;) wszedzie rosna palmy i slychac odglosy skuterkow, ale tak naprawde Indie wyrobily we mnie poczucie wiecznej spiny, traktowania ludzi w kategoriach mysl, bo inaczej kazdy bedzie chcial Cie oszukac. Dopiero w Chiang Mai bylam w stanie po prostu spedzic cztery godziny na rozmowie z mnichem o probujac tlumaczyc z nim angielska poezje XVIw i po prostu lapac wrazenie chwili.. To byla tak naprawde smieszna historia. Chiang Mai slynie ze swiatyn, jest ich tam ponoc ok 300. Przy jednej z kolejnych mialam juz dosc wiec siadlam na schodach. Pawel wielki milosnik wszelkich Watow :) zaczal w pewnym momencie krzyczec ze potrzebuje pomocy. Okazalo sie ze to nie do konca on a bardziej mlody mnich ktory za dwa dni mial egzamin z literatury angielskiej.  Od slowa do slowa, zaczelismy rozmowe o podstawach  buddyzmu, jedzeniu psow, pojecia cierpienia w buddyzmie, jego glownych 5 zasadach, to co mozna a czego nie... Zabawne bylo to, ze przeciez ja tak bardzo chcialam traktowac tajlandie jako tranzyt i nic ponadto. A jednak moge sie jeszcze dac zaskoczyc.

 Dyskusje z "naszym" mnichem
Akcja skutery wymaga oodzielnego komentarza. Bo tak jak ogolnie wiadomo mielismy zjechac Laos na skuterach, tylko generalnie nikt z nas na nich wczesniej nie jezdzil. Sama mialam przeogromnego stresa. Tak wiec kolejnego dnia rano trzeba było stawic czolo nowym urzadzeniom i odjechac z gracja sprzed guesthouse'u. Koniec koncow okazalo się że tylko ja i Pawek jestesmy w stanie prowadzic. Dziewczyny potrzebowaly wiecej czasu do nauki. I tak się dziwie że Jojo dal nnam taki kredyt zaufania bo chyba ja na jego miejscu obawialabym się o sprzet. Na swoje usprawiedliwienie musze powiedziec że to nie byly zadne automaty i nie polegalo to tylko na tym żeby go wlaczyc i odjechac. No i nie było zadnej proby a odpowiadalam nie tylko za siebie ale też za Cele na tylnim siedzeniu. Udalo się, zyjemy:) nikt nie odniosl zadnych obrazen. Biorac pod uwage fakt ze nie bylo to male miasteczko ale Chiang Mai a jak ogolnie wiadomo jezdzenie w Azji na skuterku w wielkim miescie w godzinach szczytu wymaga nie lada odwagi. Musze sie tez przyznac ze bywaly momenty gdzie rzeczywiscie myslalam tylko o tym aby dotrzec na miejsce i nigdy wiecej nie wsiadac na skuter. Zreszta zrobilismy tak naprawde dosc dlugi tour. Miala byc tylko wyprawa za miasto do farmy orchidei ale koniec koncow spedzilismy na skuterach caly dzien. To jest tez w sumie nauczka dla nas ze jesli mapa nie jest opisana dokladnie i nie ma na niej skali to oznacza ze moze byc to dosc daleko, kreto, gorzyscie i ze jesli ktos tej trasy nie poleca to z czegos to wynika. No i rzeczywiscie wynikalo. Mielismy lekki surviwal. Gory doliny, ostre podjazdy, remonty drog. Bylismy na tej calej farmie orchidei(Mamo, zakochalabys się;) i Jojo radzil nam bysmy wrocili ta sama trasa.
 Farma orchidei w okolicach Chiang Mai
fot. PP
I tu jest kolejna nauczka dla nas że jeśli masz tylko mape turystyczna to ona nie do konca pokazuje odleglosci, rodzaj drogi czy przewyzszenia. Ok pokazuje że gdzies dojedziesz ale nie bylismy swiadomi że musimy pokonac ok. 100km gor i dolin aby dotrzec ponownie do Chiang Mai. To byl odpowiedni sprawdzian. Nie tylko nauczylam się zmieniac biegi, czy tez hamowac silnikiem. Już wiem że zjezdzac z tak stromego zbocza trzeba na niskim biegu itd., itd... Jeśli ktos ma jakies rady to sa mile widziane.
Skuterek to wolnosc. Brak uzaleznienia od srodkow transportu i w koncu zdjecia nie tylko zza okna autobusu.
W Chiang Mai trafilismy na bardzo dobrych ludzi. Mezczyzna od ktorego wynajmowalismy pokoj, Jojo pomogl nam ogarnac skutery wytlumaczyl jak się jezdzi, udzielal odpowiedzi na niekonczace się pytania, w ktorych tak naprawdę nie mogl miec zadnego interesu. Tajlandia po raz kolejny zaskoczyla mnie pozytywnie. Tego samego dnia po raz pierwszy bylam na tajskim masazu. Takim już bardziej ekskluzywnym bo w klimatycznym, zadbanym budynku(180bth- czyli ok 18zl!). Pikanterii dodaje fakt że panie masujace to byle wiezniarki po kursie masazu w ramach resocjalizacji. Sam masaz - rewelacja. Dla mnie troche taka joga przy ktorej nie musze nic sama robic. Masaz calego ciala przez godzine. Zdecydowanie polecam.
Nastepnego dnia kupilismy już bilet na granice, do Chiang Kong(350bth). Jechalismy tam 8 godzin wiec po tym czasie bylismy już tak wyzuzi z energii że dalismy się zabrac na pickapie Pani naganiaczce już z przystanku. W sumie nie było źle. Guesthouse z restauracja polozony nad samym Mekongiem. Warunki jak za 100 batow dosc slabe(tyle samo placilismy u Jojo) tylko że Chiang Kong potraktowalismy typowo jako miasto tranzytowe. W sumie tym było. Jedyna atrakcja na jaka sobie moglismy sobie pozwolic to poszlismy z Pawlem na ryby rano. W sumie nic nam się w tym metnym Mekongu nie udalo zlowic ale wrazenie było przednie.
 Pawel lowi ryby w Mekongu
 
Inaczej go sobie troche wyobrazalam. Myslalam o nim jak o leniwej rzece z przyjemnym brzegiem. Okazal się szeroka rzeka z szybkim nurtem i blotnistym brzegiem. Dobrze że wpakowalismy się do zacumowanej przy brzegu waskiej lodki. W przeciwnym razie moglabym stracic buty w blocie;)
O 9 Pani z guesthouseu zawiozla nas na granice. Wymeldowalismy się z Tajlandii, zaplacilismy 40 batow za lodke i przeprawilismy się przez Mekong. Nie ma tu mostu. Jedyny most na granicy tajsko-laotanskiej czyli most przyjazni znajduje się w Vientiane. Wszelkie towary przewozi się lodziami. Co ciekawe pomimo tego że Mekong jest granica, nie widzialam nigdzie wojska ani strazy(no poza samym prz2jsciem granicznym)a sama rzeka jak najbardziej jest wykorzystywana przez rybakow.
 przeprawa przez Mekong lodzia
Jeszcze stempel z wiza, 30usd i bez wiekszych problemow bylismy już w Laosie!
Wyslano z BlackBerry®

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz