Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajlandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 września 2010

Widok z bangalowu - gdzie to jest?

Tylko odpoczynek. Tak wlasnie spedzamy ostatnie chwile w Tajlandii. Lezac na plazy na wyspie. Zreszta niesamowita jest konfrontacja marzen, reklam biur podrozy i prospektow, pocztowek i rzeczywistosci. Patrzymy na podrasowane w photoshopie zdjecia, blekit wody, nieskazitelny piasek i soczysta zielen palm a rzeczywistosc okazuje się... inna. I nie znaczy tu gorsza, to nasze wyobrazenia rosna do rangi niedoscignionego idealu pocztowkowego piekna. Zabawne jak też sposob odbierania zalezy od naszego nastawienia.
Wyslano z BlackBerry®

niedziela, 26 września 2010

Last night in ... Laos!

No i stalo się. Jutro przekraczamy most przyjazni laotansko-tajskiej, a raczej laotańsko-tajsko-australijskiej, bo jak się okazuje australijczycy dofinansowywali również ten projekt, bierzemy nocnego sleepera i prujemy najpierw do BKK a nastepnie na plaze:) a gdzie dokladnie to bedzie konkurs. Umiescimy foty i zobaczymy kto rozpozna plaze/wyspe/miejsce. Przewidziane sa nagrody(!) ale tym się zajme pozniej. Dokladnie za dwa dni, bo tyle nam zajmie dojazd na miejsce.
Myslalam że dziś zaczne robic resume przygody laotanskiej, ale okazuje się że ostatnie 3 dni dostarczyly nam tylu wrazen, że znowu nie wiem od czego zaczac, i znowu mam balagan w przemysleniach...
Do Vientiane dotarlismy bladym switem, a raczej jeszcze noca, wiec decyzja ogolu postanowilismy przespac się do rana na poczekalniowych krzeselkach, plastikowych i polaczonych tak, że wygodne polozenie moze być wyzwaniem nie do przejscia. Było pochmurnie. Po utarczce z babcia klozetowa, ktora chciala mi wydac źle reszte, o cale 5 tysiecy, bylam tak nakrecona i zła, że przy negocjacjach z tuktukarzem na przejazd do centrum, jak powiedzial 15tys kip za os to prawie zaczelam na niego krzyczec! Dojechalismy do zaglebia guesthouse'ow w poblizu Watu Mixey i rozpoczelismy poszukiwania. Szlo nam jeszcze gorzej niż ostatnio. Wiekszosc tanich byla pelna albo obrzydliwie smierdziala, a na reszte nas nie było stac. Plecaki nam już ciazyly po ok 1,5h wloczenia się w ta i z powrotem rozwiazania sytuacji nie było widac. Wrocilismy się praktycznie tam gdzie zaczelismy poszukiwania, dziewczyny zostaly z plecakami na kawie i ... Odzeszlismy z Pawlem jakies 30m i na tej samej ulicy znalezlismy guesthouse superczysty i ... zielony. Okolica byla super, z jednej strony Mekong i choć było pelno drogich sklepow i kafejek przygotowanych pod turystow, z drugiej strony, dalo się znalesc laocoffe za 3,5tysia. Zreszta jakies pol kilometra dalej wzdloz Mekongu, w okolicach szpitala tego samego wieczoru jedlismy przepyszne sumiki, prosto z grila.
W Vientiane nie mielismy zamiaru dlugo siedziec, zrobilismy tour po miescie, i ryneczkach, kupilam w koncu material na laotanska spodnice(!) oraz pleciony pojemnik na ryz, zobaczylismy kilka stup i watow i nastepnego dnia, zostawiajac nasze wielkie plecaki w hostelu, wyruszylismy w nasza ostatnia skuterowa wyprawe laotanska na trzy dni pieknymi czerwonymi skuterami suzuki.
Zanim uporalismy się z samym wyjazdem ze stolicy to troche czasu minelo, jak to duze miasto, przedmiescia ciagna się w nieskonczonosc, do tego Vientiane ma tylko niska zabudowe, wiec jest rozciagniete do granic mozliwosci jak na swoja zaledwie cwierc milionowa populacje. Droga byla asfaltowa i nudna, chyba wszystkie fabryki zlokalizowane sa w tej okolicy, bo nie zdazylo nam się wczesniej napotkac ani jednej. Po jakis 40km stwierdzilismy że pora na urozmaicenie, wiec skrecilismy przy kolejnym napotkanym skrzyzowaniu. I tu musze stwierdzic, że drogi w Laosie to oddzielny rozdzial i wymagaja dodatkowej uwagi bo wbrew wszelkim oznaczeniom mapowym to że jest to droga krajowa, oznaczona najgrubsza czerwona linia na mapie nie oznacza że bedzie pokryta asfaltem, to że jest to droga zolta, czyli druga w kolejnosci co do rangi, nie oznacza że w ogole bedzie przejezdna, a to że droga jest oznaczona jako biala, nie oznacza że bedzie ona taka zła. Biale drogi potrafily być lepsze, o dziwo niż zolte i to nas w sumie doprowadzilo do kilku zgubnych wnioskow, ale o tym zaraz. Skrecilismy w droge biala, ktora, pomimo blota co jakis czas byla naprawdę przyjemna. Otaczaly nas rowniny z polami ryzowymi, w wioskach dalo się zauwazyc kobiety tkajace material na krosnach, bądź suszące się połacia kolorowego materiału. Po jakichs dwoch godzinach dotarlismy do rzeki i trzeba było wziac metalowy prom o jednym silniku, aby dostac się na druga strone. Dalej miala isc już lepsza droga - według mapy żółta. Każdy kolejny kilometr przypominał nam jednak o kończącej się porze deszczowej wyrwami w drodze, błotem i mułem na krzewach, krzakach i drzewach. Błoto było coraz częstsze i coraz głębsze. Dziewczyny dwa razy położyły skuter, pękły plastiki. Przestało być śmiesznie. Jak teraz wspominam ten dzień to równinny bezmiar zieleni aż po wznoszące się na horyzoncie masywy gór ... tak naprawdę napawał spokojem pomimo całych trudności drogi. Wyslano z BlackBerry®

czwartek, 9 września 2010

Wiecej Lao niz Tao

Mialam napisac wiecej o Chiang Mai i chociaz tak naprawde jestem juz w Luang Nahmtha w Laosie to wlasnie uswiadomilam sobie ze nie czuje sie tu jak w azji, ok, jest wilgotno, probowalam juz szaranczy ;) wszedzie rosna palmy i slychac odglosy skuterkow, ale tak naprawde Indie wyrobily we mnie poczucie wiecznej spiny, traktowania ludzi w kategoriach mysl, bo inaczej kazdy bedzie chcial Cie oszukac. Dopiero w Chiang Mai bylam w stanie po prostu spedzic cztery godziny na rozmowie z mnichem o probujac tlumaczyc z nim angielska poezje XVIw i po prostu lapac wrazenie chwili.. To byla tak naprawde smieszna historia. Chiang Mai slynie ze swiatyn, jest ich tam ponoc ok 300. Przy jednej z kolejnych mialam juz dosc wiec siadlam na schodach. Pawel wielki milosnik wszelkich Watow :) zaczal w pewnym momencie krzyczec ze potrzebuje pomocy. Okazalo sie ze to nie do konca on a bardziej mlody mnich ktory za dwa dni mial egzamin z literatury angielskiej.  Od slowa do slowa, zaczelismy rozmowe o podstawach  buddyzmu, jedzeniu psow, pojecia cierpienia w buddyzmie, jego glownych 5 zasadach, to co mozna a czego nie... Zabawne bylo to, ze przeciez ja tak bardzo chcialam traktowac tajlandie jako tranzyt i nic ponadto. A jednak moge sie jeszcze dac zaskoczyc.

 Dyskusje z "naszym" mnichem
Akcja skutery wymaga oodzielnego komentarza. Bo tak jak ogolnie wiadomo mielismy zjechac Laos na skuterach, tylko generalnie nikt z nas na nich wczesniej nie jezdzil. Sama mialam przeogromnego stresa. Tak wiec kolejnego dnia rano trzeba było stawic czolo nowym urzadzeniom i odjechac z gracja sprzed guesthouse'u. Koniec koncow okazalo się że tylko ja i Pawek jestesmy w stanie prowadzic. Dziewczyny potrzebowaly wiecej czasu do nauki. I tak się dziwie że Jojo dal nnam taki kredyt zaufania bo chyba ja na jego miejscu obawialabym się o sprzet. Na swoje usprawiedliwienie musze powiedziec że to nie byly zadne automaty i nie polegalo to tylko na tym żeby go wlaczyc i odjechac. No i nie było zadnej proby a odpowiadalam nie tylko za siebie ale też za Cele na tylnim siedzeniu. Udalo się, zyjemy:) nikt nie odniosl zadnych obrazen. Biorac pod uwage fakt ze nie bylo to male miasteczko ale Chiang Mai a jak ogolnie wiadomo jezdzenie w Azji na skuterku w wielkim miescie w godzinach szczytu wymaga nie lada odwagi. Musze sie tez przyznac ze bywaly momenty gdzie rzeczywiscie myslalam tylko o tym aby dotrzec na miejsce i nigdy wiecej nie wsiadac na skuter. Zreszta zrobilismy tak naprawde dosc dlugi tour. Miala byc tylko wyprawa za miasto do farmy orchidei ale koniec koncow spedzilismy na skuterach caly dzien. To jest tez w sumie nauczka dla nas ze jesli mapa nie jest opisana dokladnie i nie ma na niej skali to oznacza ze moze byc to dosc daleko, kreto, gorzyscie i ze jesli ktos tej trasy nie poleca to z czegos to wynika. No i rzeczywiscie wynikalo. Mielismy lekki surviwal. Gory doliny, ostre podjazdy, remonty drog. Bylismy na tej calej farmie orchidei(Mamo, zakochalabys się;) i Jojo radzil nam bysmy wrocili ta sama trasa.
 Farma orchidei w okolicach Chiang Mai
fot. PP
I tu jest kolejna nauczka dla nas że jeśli masz tylko mape turystyczna to ona nie do konca pokazuje odleglosci, rodzaj drogi czy przewyzszenia. Ok pokazuje że gdzies dojedziesz ale nie bylismy swiadomi że musimy pokonac ok. 100km gor i dolin aby dotrzec ponownie do Chiang Mai. To byl odpowiedni sprawdzian. Nie tylko nauczylam się zmieniac biegi, czy tez hamowac silnikiem. Już wiem że zjezdzac z tak stromego zbocza trzeba na niskim biegu itd., itd... Jeśli ktos ma jakies rady to sa mile widziane.
Skuterek to wolnosc. Brak uzaleznienia od srodkow transportu i w koncu zdjecia nie tylko zza okna autobusu.
W Chiang Mai trafilismy na bardzo dobrych ludzi. Mezczyzna od ktorego wynajmowalismy pokoj, Jojo pomogl nam ogarnac skutery wytlumaczyl jak się jezdzi, udzielal odpowiedzi na niekonczace się pytania, w ktorych tak naprawdę nie mogl miec zadnego interesu. Tajlandia po raz kolejny zaskoczyla mnie pozytywnie. Tego samego dnia po raz pierwszy bylam na tajskim masazu. Takim już bardziej ekskluzywnym bo w klimatycznym, zadbanym budynku(180bth- czyli ok 18zl!). Pikanterii dodaje fakt że panie masujace to byle wiezniarki po kursie masazu w ramach resocjalizacji. Sam masaz - rewelacja. Dla mnie troche taka joga przy ktorej nie musze nic sama robic. Masaz calego ciala przez godzine. Zdecydowanie polecam.
Nastepnego dnia kupilismy już bilet na granice, do Chiang Kong(350bth). Jechalismy tam 8 godzin wiec po tym czasie bylismy już tak wyzuzi z energii że dalismy się zabrac na pickapie Pani naganiaczce już z przystanku. W sumie nie było źle. Guesthouse z restauracja polozony nad samym Mekongiem. Warunki jak za 100 batow dosc slabe(tyle samo placilismy u Jojo) tylko że Chiang Kong potraktowalismy typowo jako miasto tranzytowe. W sumie tym było. Jedyna atrakcja na jaka sobie moglismy sobie pozwolic to poszlismy z Pawlem na ryby rano. W sumie nic nam się w tym metnym Mekongu nie udalo zlowic ale wrazenie było przednie.
 Pawel lowi ryby w Mekongu
 
Inaczej go sobie troche wyobrazalam. Myslalam o nim jak o leniwej rzece z przyjemnym brzegiem. Okazal się szeroka rzeka z szybkim nurtem i blotnistym brzegiem. Dobrze że wpakowalismy się do zacumowanej przy brzegu waskiej lodki. W przeciwnym razie moglabym stracic buty w blocie;)
O 9 Pani z guesthouseu zawiozla nas na granice. Wymeldowalismy się z Tajlandii, zaplacilismy 40 batow za lodke i przeprawilismy się przez Mekong. Nie ma tu mostu. Jedyny most na granicy tajsko-laotanskiej czyli most przyjazni znajduje się w Vientiane. Wszelkie towary przewozi się lodziami. Co ciekawe pomimo tego że Mekong jest granica, nie widzialam nigdzie wojska ani strazy(no poza samym prz2jsciem granicznym)a sama rzeka jak najbardziej jest wykorzystywana przez rybakow.
 przeprawa przez Mekong lodzia
Jeszcze stempel z wiza, 30usd i bez wiekszych problemow bylismy już w Laosie!
Wyslano z BlackBerry®

środa, 8 września 2010

Na tajskim speedzie...

Wielki return do Azji. Przyznam szczerze ze ostatni tydzien braku snu pozbawil mnie calkowicie jetlagu. Przespalam praktycznie caly lot i chyba dobrze bo obsluga yla super, ale stan techniczny samolotu pozostawial wiele do zyczenia, Pawlowi np. wypadala dolna czesc siedzenia :)
Bangkok przywital nas o 6 rano deszczem. Lotnisko Suvarnabhumi to super nowoczesna budowla ze stali i szkla. Jest monumentaln, tylko w momencie gdy odprawa po przylocie zajmuje ponad godzine przez odleglosci ktore trzeba pokonywa, to przestaje byc fajne. W BBKu bylismy naprawde tranzytem. Kolejka z lotniska do centrum (15 batow), 3 kilometry przejscia na dworzec i juz po 9tej wzielismy najtanszy pociag do Ayuttahyii(15 batow trzecia klasa).
 Tak naprawde to nie czuje nawet potrzeby powrotu do Bangkoku, pomijajac zakupy, ktore trzeba bedzie zrobic na koniec. Jak kazde wielkie miasto wywoluje we mnie uczucie lekkiego zagubienia, pospiechu i zmeczenia. Poza tym jak to w azjatyckim miescie nie jest do ogarniecia, jest niepoliczalne, nieobliczalne i ... nieosiagalne jest dla mnie by je polubic. Zdecydowanie lepiej czuje sie w mniejszych miejscowosciach i wydawaloby sie ze te kilka godzin spedzonych w Ayuttahya powinno byc przyjemne. Tylko, no wlasnie kilka godzin.

Dworzec Hualamphong, Bangkok

Ayuttahya. Zostawilismy bagaze w przechowalni(10BTH za dzien) wzielismy tuktuka(200BTH) za tur po miescie a raczej po swiatyniach bo poza tym nie mielismy juz na nic wiecej czasu nie widzielismy nic wiecej, zreszta przyznam szczerze ze jak najbardziej moge ogladac swiatynie, i to bardzo chetnie ale takie ktore zyja, ktore nie sa juz tylko i wylacznie miejscem kultu i pielgrzymek tysiecy turystow, ale tez czuc w nich jakas kontemplacje, czuc ze ta wiara zyje.



Jedyne co stamtad dobrze wspominam to pyszna zupa ze straganu u Pani na malym ryneczku. Pani straganik byl moze niezaduzy ale wygladal bardzo czysto i schludnie. Zupa, ktorej nazwy nigdy sie pewnie nie dowiem kosztowala zaledwie 20 bathow a byla niesamowita. Faktycznie nie zastanawialam sie nad pochodzeniem kuleczek w niej plywajacych, ale przeciez nie to tak naprawde bylo najwazniejsze. :)






Juz o 16tej mielismy pociag, wiec jeszcze tylko szybki prysznic i pranie na dworcu, owocowe zakupy na markecie i fruuuuuuuuuuuuuuuu do naszego nocnego pociagu. Prosto do Chiang Mai :)

Second class slepper kosztowal nas ok. 506BTH za osobe. Na poczatku bylismy zalamani, wygladalo ze bedzie gorzej niz w Indiach, sleeper? Liczylismy na jakiekolwiek miejsce gdzie da sie polozyc a zastalismy dwa siedzenia naprzeciw siebie i tyle. Hm, no w koncu to tylko 13 godzin. Jakby nie bylo mielismy cale torby foliowe owocow. I to takich ktorych nazw szukac musialam w przewodniku. Najwiekszym odkryciem dnia byl LONGAN, maly okragly owoc o jasnobrazowej skorce. Miaz owocu jest bialo-przejrzysty a smak cudownie slodko-kwasny. Trzeba tylko uwazac na nieliczne pestki, jak zostana miedzy zebami albo je rozgryziesz, pozostawiaja nieprzyjemny gorzki posmak.


Ok. godziny 20tej pojawil sie Pan. ktory z predkoscia swiatla rozlozyl nam koje, zaslal lozka prawdziwa, czysta posciela i nie dosc ze zrobil to szybciej niz zdazylam sie dobudzic to jeszczze zrobil to z zolnierska dokladnoscia. Mi przypadlo miejsce gorne, po ponad dobie moglam w koncu zasnac na dobrych kilka godzin. W Chiang Mai tak jak i poprzedniego dnia wyladowalismy rano, ok 6:00 po odgonieniu tlumu naganiaczy przespacerowalismy sie do starej czesci miasta otoczonej kanalem, w ogole miasta generalnie posiadaja tutaj sporo kanalow zwanych klongami, dawniej byly to po prostu drogi wodne.
Musze sie przyznac ze w miedzyczasie wyladowalismy na kawie w McDonaldzie i ceny sa iscie europejskie, jak sobie pomysle ze za cene kawy moge miec pyszny makaron Phattai to wydaje mi sie ze nawet najlepsza kawa z MC sie chowa. Po przejsciu paru uliczek zdecydowalismy sie na Chada's House. Miejsce z klimatem rownym zero, ale zadbane i niesamowicie czyste. Mamy (hehe jak wlasnie widac :) ) wifi, ciepla wode i Pan u ktorego mieszkamy jest niesamowicie mily. Mowi tez niezle jak na nasze dotychczasowe osiagniecia po angielsku i potrafi odpowiedziec na naprawde wiele pytan.
Wstawanie tak wczesnie rano ma swoje plusy. Zdazylismy obejsc kilka marketow, niezliczona liczbe swiatyn, skosztowac roznych dziwnych rzeczy od ktorych mam nadzieje nie bede miala nocnych sensacji i odbyc kilkugodzinna dyskusje z mnichem, ale o tym wszystkim przy kolejnej okazji dostepu do netu bo kilka osob za mna zerka juz niezbyt przyjaznie, tak wiec wrzucam kilka fot i spadam ...
Pawlowy raj :) papryczki w kazdej odslonie

Dziwna ziolowa papka zawinieta w podpiekane liscie bananowca


Wnetrze jednej ze swiatyn


Mysle ze to nie wymaga zadnego komentarza


Targ w Chiang Mai


 :*