środa, 8 września 2010

Na tajskim speedzie...

Wielki return do Azji. Przyznam szczerze ze ostatni tydzien braku snu pozbawil mnie calkowicie jetlagu. Przespalam praktycznie caly lot i chyba dobrze bo obsluga yla super, ale stan techniczny samolotu pozostawial wiele do zyczenia, Pawlowi np. wypadala dolna czesc siedzenia :)
Bangkok przywital nas o 6 rano deszczem. Lotnisko Suvarnabhumi to super nowoczesna budowla ze stali i szkla. Jest monumentaln, tylko w momencie gdy odprawa po przylocie zajmuje ponad godzine przez odleglosci ktore trzeba pokonywa, to przestaje byc fajne. W BBKu bylismy naprawde tranzytem. Kolejka z lotniska do centrum (15 batow), 3 kilometry przejscia na dworzec i juz po 9tej wzielismy najtanszy pociag do Ayuttahyii(15 batow trzecia klasa).
 Tak naprawde to nie czuje nawet potrzeby powrotu do Bangkoku, pomijajac zakupy, ktore trzeba bedzie zrobic na koniec. Jak kazde wielkie miasto wywoluje we mnie uczucie lekkiego zagubienia, pospiechu i zmeczenia. Poza tym jak to w azjatyckim miescie nie jest do ogarniecia, jest niepoliczalne, nieobliczalne i ... nieosiagalne jest dla mnie by je polubic. Zdecydowanie lepiej czuje sie w mniejszych miejscowosciach i wydawaloby sie ze te kilka godzin spedzonych w Ayuttahya powinno byc przyjemne. Tylko, no wlasnie kilka godzin.

Dworzec Hualamphong, Bangkok

Ayuttahya. Zostawilismy bagaze w przechowalni(10BTH za dzien) wzielismy tuktuka(200BTH) za tur po miescie a raczej po swiatyniach bo poza tym nie mielismy juz na nic wiecej czasu nie widzielismy nic wiecej, zreszta przyznam szczerze ze jak najbardziej moge ogladac swiatynie, i to bardzo chetnie ale takie ktore zyja, ktore nie sa juz tylko i wylacznie miejscem kultu i pielgrzymek tysiecy turystow, ale tez czuc w nich jakas kontemplacje, czuc ze ta wiara zyje.



Jedyne co stamtad dobrze wspominam to pyszna zupa ze straganu u Pani na malym ryneczku. Pani straganik byl moze niezaduzy ale wygladal bardzo czysto i schludnie. Zupa, ktorej nazwy nigdy sie pewnie nie dowiem kosztowala zaledwie 20 bathow a byla niesamowita. Faktycznie nie zastanawialam sie nad pochodzeniem kuleczek w niej plywajacych, ale przeciez nie to tak naprawde bylo najwazniejsze. :)






Juz o 16tej mielismy pociag, wiec jeszcze tylko szybki prysznic i pranie na dworcu, owocowe zakupy na markecie i fruuuuuuuuuuuuuuuu do naszego nocnego pociagu. Prosto do Chiang Mai :)

Second class slepper kosztowal nas ok. 506BTH za osobe. Na poczatku bylismy zalamani, wygladalo ze bedzie gorzej niz w Indiach, sleeper? Liczylismy na jakiekolwiek miejsce gdzie da sie polozyc a zastalismy dwa siedzenia naprzeciw siebie i tyle. Hm, no w koncu to tylko 13 godzin. Jakby nie bylo mielismy cale torby foliowe owocow. I to takich ktorych nazw szukac musialam w przewodniku. Najwiekszym odkryciem dnia byl LONGAN, maly okragly owoc o jasnobrazowej skorce. Miaz owocu jest bialo-przejrzysty a smak cudownie slodko-kwasny. Trzeba tylko uwazac na nieliczne pestki, jak zostana miedzy zebami albo je rozgryziesz, pozostawiaja nieprzyjemny gorzki posmak.


Ok. godziny 20tej pojawil sie Pan. ktory z predkoscia swiatla rozlozyl nam koje, zaslal lozka prawdziwa, czysta posciela i nie dosc ze zrobil to szybciej niz zdazylam sie dobudzic to jeszczze zrobil to z zolnierska dokladnoscia. Mi przypadlo miejsce gorne, po ponad dobie moglam w koncu zasnac na dobrych kilka godzin. W Chiang Mai tak jak i poprzedniego dnia wyladowalismy rano, ok 6:00 po odgonieniu tlumu naganiaczy przespacerowalismy sie do starej czesci miasta otoczonej kanalem, w ogole miasta generalnie posiadaja tutaj sporo kanalow zwanych klongami, dawniej byly to po prostu drogi wodne.
Musze sie przyznac ze w miedzyczasie wyladowalismy na kawie w McDonaldzie i ceny sa iscie europejskie, jak sobie pomysle ze za cene kawy moge miec pyszny makaron Phattai to wydaje mi sie ze nawet najlepsza kawa z MC sie chowa. Po przejsciu paru uliczek zdecydowalismy sie na Chada's House. Miejsce z klimatem rownym zero, ale zadbane i niesamowicie czyste. Mamy (hehe jak wlasnie widac :) ) wifi, ciepla wode i Pan u ktorego mieszkamy jest niesamowicie mily. Mowi tez niezle jak na nasze dotychczasowe osiagniecia po angielsku i potrafi odpowiedziec na naprawde wiele pytan.
Wstawanie tak wczesnie rano ma swoje plusy. Zdazylismy obejsc kilka marketow, niezliczona liczbe swiatyn, skosztowac roznych dziwnych rzeczy od ktorych mam nadzieje nie bede miala nocnych sensacji i odbyc kilkugodzinna dyskusje z mnichem, ale o tym wszystkim przy kolejnej okazji dostepu do netu bo kilka osob za mna zerka juz niezbyt przyjaznie, tak wiec wrzucam kilka fot i spadam ...
Pawlowy raj :) papryczki w kazdej odslonie

Dziwna ziolowa papka zawinieta w podpiekane liscie bananowca


Wnetrze jednej ze swiatyn


Mysle ze to nie wymaga zadnego komentarza


Targ w Chiang Mai


 :*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz